Zespół NaCzarter
Patent to papier. Żeglarz to co innego
Zacznę od odpowiedzi, bo to pytanie wraca u nas w porcie co sezon. Patent daje uprawnienia, całą resztę daje woda. Na jacht żaglowy z czarterowej floty, taki jak Antila 33 czy Maxus 33.1 RS, patent jest potrzebny i tu nie ma o czym dyskutować. Na houseboata już nie i pływa nim dziś sporo ludzi, którzy dwa lata wcześniej nie wiedzieli, z której strony podejść do kei. Czy oni są żeglarzami? Zależy, co z tym zrobią przez następne pięć sezonów.
Kiedyś wchodziło się latami
Jak zaczynałem, do żeglarstwa nie wchodziło się z ulicy. Wchodziło się przez klub albo przez harcerstwo. Najpierw byłeś tym, co szoruje pokład i nosi kanistry. Potem cię ktoś wziął na tydzień na pokład, bo brakowało człowieka. Potem drugi sezon, trzeci, kolejny kurs, kolejny egzamin. Zanim ktoś dał ci ster na dłużej niż godzinę, mijały dwa albo trzy lata.
Sprzęt się remontowało samemu. Drewno, szpachla, lakier, wiosna w hangarze i ręce, których nie dało się doczyścić do maja. Nikt tego nie nazywał integracją zespołu. Po prostu albo łódka była gotowa na sezon, albo nikt nigdzie nie płynął. Przez kanały bywało, że holowało się na linach z brzegu, bo silnik był jeden na całą przystań i akurat nie ten. To nie była romantyczna przygoda, tylko normalny wtorek.
Najważniejsze było jednak co innego. Byłeś w środowisku, które cię pilnowało. Ktoś patrzył ci na ręce przy cumowaniu i mówił bez owijania, że zrobiłeś to źle. Jak schrzaniłeś, wiedziała o tym cała przystań. Jak komuś urwało się w nocy cumowanie, wstawało pół portu. O tym, jak wyglądały te jeziora wcześniej, pisaliśmy osobno w tekście o Mazurach sprzed stu lat, a o klimacie tamtych sezonów we wspomnieniach dawnych czasów.
Dziś wchodzi się w weekend
Teraz jest tak: krótki kurs, egzamin, patent. Albo w ogóle bez tego, bo bierzesz houseboata i płyniesz. Płacisz i jesteś na wodzie. Bez kolejki, bez klubu, bez trzech lat noszenia kanistrów.
Starzy żeglarze na to kręcą głowami i powiem szczerze: mają w tym sporo racji. Coś się faktycznie skończyło. Skończyła się przystań jako miejsce, w którym spędzasz całą zimę, i wspólne dłubanie przy kadłubach. Nie ma już sytuacji, w której bez ludzi po prostu nie wypłyniesz, bo dziś jacht odbierasz gotowy przy pomoście. Tego się nie odzyska i nie ma co udawać, że jest inaczej.
Tylko że to samo otwarcie wpuściło na wodę ludzi, którzy wcześniej nie mieli żadnych szans. Bo nie było klubu w ich mieście, bo nikt ich nie wprowadził. Tamto środowisko, przy całym swoim etosie, bywało zamknięte i potrafiło dać do zrozumienia, że tu się nie pasuje. Widzę teraz co roku w Port Royal rodziny, które pierwszy raz w życiu nocują na wodzie, i część z nich wraca kolejny sezon i jeszcze następny. Powiedzieć im, że to nie jest prawdziwe żeglarstwo, byłoby zwyczajnie nieuczciwe.
Szkoła charakteru nie zniknęła. Przestała być obowiązkowa
To jest moim zdaniem sedno całej sprawy. Kiedyś nie dało się przejść przez żeglarstwo bez tej szkoły, bo była wpisana w drogę wejścia. Dziś możesz ją ominąć. Możesz wypłynąć, przepłynąć tydzień, oddać jacht i nigdy się niczego nie nauczyć. Tylko że jezioro o nic nie pyta wcześniej. Ono sprawdza dokładnie to samo co trzydzieści lat temu.
Czy potrafisz podejść do dalb przy bocznym wietrze i nie zaorać sąsiada. Czy złapiesz muring bosakiem od rufy i przejdziesz z nim spokojnie na dziób, zamiast szarpać się z nim w pięć osób. Czy zawróciłeś, jak zaczęło wiać, zamiast wchodzić na Śniardwy po południu, bo „przecież mieliśmy plan”. Czy po tobie zostało w porcie czysto. Kisajno, Mamry i Śniardwy nie sprawdzają twojego patentu. Sprawdzają, czy myślisz.
Houseboat jest tu zresztą uczciwym nauczycielem. Płaskie dno, brak żagli i bardzo duża wrażliwość na boczny wiatr przy manewrach w porcie. Człowiek uczy się przewidywania szybciej, niż mu się wydaje. Co i jak, opisaliśmy w poradniku czym pływać bez patentu na Mazurach.
Kiedyś, dziś, i to, co się nie ruszyło
| Kiedyś | Dziś | Co zostało bez zmian |
|---|---|---|
| Wejście przez klub, harcerstwo i kolejne sezony u kogoś na pokładzie | Krótki kurs z egzaminem albo houseboat bez patentu | Pierwszy samodzielny manewr i tak zapamiętasz na lata |
| Zima w hangarze, szpachla, lakier, wspólny remont | Jacht gotowy, odebrany przy pomoście | Sprzęt oddaje się w takim stanie, w jakim chciałbyś go dostać |
| Uczył cię starszy kolega na pokładzie | Uczysz się sam albo od instruktora, którego opłaciłeś | Boczny wiatr przy dalbach weryfikuje jednakowo wszystkich |
| Holowanie na linach, silnik jeden na przystań | Silnik na każdym jachcie, do tego śluza Guzianka i most w Giżycku | Plan układa się pod godziny otwarcia, nie odwrotnie |
| Wspólnota z legitymacją klubową | Przypadkowi ludzie z sąsiedniego pomostu | Ktoś zawsze złapie ci cumę, jak podchodzisz sam |
Etos został, tylko bez legitymacji
Bo popatrz, co się naprawdę nie zmieniło. Podchodzisz do dalb sam, z dzieckiem na pokładzie, i zawsze znajdzie się ktoś, kto wstanie od kolacji i weźmie od ciebie cumę. Jak idzie szkwał, ludzie ostrzegają się nawzajem, nie sprawdzając, kto ma jaki patent. Śmieci i fekalia zdaje się w porcie, bo to obszar chroniony i wszyscy o tym wiedzą. Wieczorem w porcie robi się cicho i nie trzeba tego nikomu tłumaczyć. Na wyspy będące rezerwatami się nie schodzi, choćby zatoka obok wyglądała kusząco. Grilla też się na pokładzie nie rozpala, tylko tam, gdzie port ma na to miejsce.
To jest cały ten etos. Nie zniknął. Po prostu nie wydaje się już do niego legitymacji. Dziś każdy sam decyduje, czy chce należeć do ludzi, którzy tak robią. Część nowych wchodzi w to od pierwszego rejsu, szybciej niż niejeden stary wyga.
Od czego zacząć, jak zaczynasz dziś
Najprostsza droga: zacznij od wody, nie od egzaminu. Weź houseboata na tydzień, pomanewruj, ponocuj w porcie, poobserwuj, jak sąsiedzi cumują. Turnusy w sezonie idą zwykle od soboty do soboty, więc tydzień to naturalna miarka na pierwszy raz. Potem zrób patent, jak już wiesz, że to twoje. Odwrotna kolejność też działa, ale wtedy papier idzie przed umiejętnością i pierwszy silny wiatr bywa nieprzyjemną lekcją. Który patent i na co pozwala, rozpisaliśmy w tekście jaki patent na jacht na Mazurach.
I jeszcze jedno, na koniec. Nie ma wieku, w którym jest za późno. Mieliśmy ludzi, którzy pierwszy raz stanęli za sterem grubo po sześćdziesiątce i pływają do dziś. Patent dostajesz od komisji. Resztę dostajesz od wody, powoli, sezon po sezonie. To trwa i dobrze, że trwa.
Najczęstsze pytania
Czy potrzebny jest patent na Mazury? Na czarterowy jacht żaglowy tak, bo to łodzie pokroju Antili 33 czy Maxusa 33.1 RS. Na houseboata typu Stillo 30 czy Stillo 31 nie, popłyniesz bez uprawnień po przeszkoleniu przy odbiorze łodzi.
Czy pływanie bez patentu to „prawdziwe żeglarstwo”? Houseboat nie ma żagli i nie halsuje, więc żeglarstwem w ścisłym sensie nie jest. Ale odpowiedzialności, czytania pogody i manewrów w porcie uczy tak samo. Wielu żeglarzy zaczęło właśnie tak.
Od czego zacząć naukę? Od jednego tygodnia na wodzie z kimś doświadczonym albo od houseboata, gdzie sam odpowiadasz za manewry. Dopiero potem kurs. Wtedy teoria ma się o co zaczepić.
Czy warto robić patent, skoro można bez? Warto, jeśli chcesz pływać pod żaglami i decydować o rejsie samodzielnie. Patent otwiera flotę żaglową i porządkuje wiedzę o przepisach. Jeśli zależy ci głównie na spokojnym tygodniu z rodziną, houseboat w zupełności wystarczy.
Czy stare żeglarskie środowisko jeszcze istnieje? W klubach i na regatach owszem. W porcie czarterowym wygląda inaczej, bardziej doraźnie, ale pomoc przy cumowaniu i ostrzeżenie przed wiatrem działają tak samo jak kiedyś.
Zdjęcie na okładce: Skimel — CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons



